Ekologia to określenie ma dość sprzeczne skojarzenia. Z jednej strony kojarzy nam się pozytywnie, czyli z dbaniem o środowisko naturalne, a drugiej z ekologami przywiązującymi się do drzew. Jak wiecie mój blog się wziął z dbania o dietę i gotowanie. Od dawna nic nie publikowałam, stało się tak z różnych względów o nich może kiedy indziej, a dziś właśnie o moim ekologicznym odkryciu, którego dokonałam w trakcie urlopu. Trafiła w moje ręce książka „EKO w wielkim mieście”, stała się ona dla mnie niesamowitą inspiracją i początkiem nowej drogi, która niejako ma swoje źródło w zdrowym stylu życia, czyli tym co mnie od zawsze interesuje.
Może jednak do konkretów, co możemy zrobić żyjąc w miastach dla środowiska naturalnego. Informacja, która najbardziej poruszyła mnie we wspomnianej książki to fakt, że każdy zużyty przez nas plastik, mimo, że go wyrzuciliśmy nadal gdzieś jest nie rozłożył się jak skórka z ogórka. Moja fantazja poszybowała dalej, czy wszystkie plastikowe butelki, które wyrzuciłam, o ile nie podległy recyklingowi to dalej gdzieś leżą i zanieczyszczają naszą planetę. Obserwacje poszły dalej i odkryłam, że robiąc cotygodniowe zakupy w zieleniaku, po przyjściu do domu i wyjęciu warzyw, owoców, wyrzucam od razu do kosza kilka foliowych torebek. Postanowiłam coś zmienić na własnym podwórku, a już od dawna minimalizuję ilość folii w codziennym życiu, więc to tylko kontynuacja wcześniejszych postanowień. Uszyłam woreczki na warzywa i owoce do warzenia w sklepie (są dostępne gotowe, do kupienia, jeśli ktoś chce to znajdzie w sieci). Spodziewałam się, że będzie to problematyczne w marketach, ale moje zaskoczenie było podwójne, bo znalazło się to z raczej z ciekawością i z akceptacją. Raz zdarzyło mi się zapomnieć woreczków i wszystkie warzywa wrzuciłam do jednej reklamówki nie do sześciu, ekspedientka z konieczności musiała zważyć wszystko osobno, ale wydawała się akceptować fakt, że nie zabieram niepotrzebnego plastiku do domu.
Wszak to tylko czubek góry lodowej wątków, które pojawiły się w mojej głowie po przeczytaniu książki, uświadomiłam sobie jak wiele chemii jest w naszych domach: środków czystości, kosmetyków, czy aby na pewno mają one nam pomóc czy wręcz przeciwnie będą nam szkodzić.
Zaczęłam szukać naturalnych substancji, które mogą zastąpić używane preparaty chemiczne w domu. Okazało się to bajecznie proste i poniekąd skuteczniejsze niż te niby skuteczne środki czystości. Zrobiłam, więc już dwa domowe specjały, jeden dla domu, drugi dla ciała.
Dziś podam Wam przepis na ten drugi właśnie, czyli naturalny/domowy kosmetyk.

Składniki:
– 5 garści płatków róż (najlepsza jest ta róża, która nadaje się na konfiturę, ale może być każda inna ważne, żeby płatki były czyste, bo nie bardzo da się je umyć)
– 1/2 szklanki oleju słonecznikowego (dla wymagających najlepszy będzie to olej ekologiczny)
– 1/2 szklanki cukru (najlepiej grubo ziarnistego)
Co bardzo ważne to są orientacyjne proporcję, zależą one od Waszych upodobań, czyli czy wolicie konsystencję bardzie ziarnistą czy płynną, czy może aromat jest dla Was ważny i dodacie wody różnej, bądź olejków eterycznych, to już Wasza decyzja.
Przygotowanie:
Zmiksuj płatki róż, dolej oleju i dosyp cukier. Wymieszaj na jednolitą masę, przełóż do słoiczka. W lodówce może stać nawet kilka miesięcy, w łazience kilka tygodni.


